sobota, 9 maja 2015

rozdział 4

Przebieramy się w stroje od w-f. Szara koszulka i szare spodenki. Ten szary zaczyna mnie dobijać jest wszędzie. Od dziewięciu lat cały czas widzę szary kolor. Tylko obiad jest czasami zielonkawy.
- Lepiej już chodź- mówi moja przyjaciółka martyna- bo trener urwie ci głowę.
- zrobi to wieczorem - to dziwne ale jesteśmy w stanie żartować.
Tutaj najczęściej nikt tego nie robi. Bo z niby czego żartować? Z tego że najpewniej popełnimy samobójstwo bo sadyści którzy tu pracują doprowadzą nas do szaleństwa? Bo umrzemy z głodu albo z wyczerpania przez to jak nas tutaj traktują? Bo nigdy nie zobaczymy swoich bliskich? Niezłe by były śmichy- chichy. 
Wychodzę na salę. Już tam jest. Zmora mojego życia. Ja nienawidzę  jego a on mnie. Niestety on nade  mną pastwić się może a ja nad nim nie. Układ sił jest nierówny. Wszystkie są po jego stronie. Marze o tym żeby kiedyś skopać mu tyłek tak żeby na OIOM-ie wylądował.
- Ruszać się wy cholerne świnie - nie ma jak dżentelmen.
Zaczynamy rozgrzewkę. 15 okrążeń. Każde ma 200 m. Ale to nie jest najgorsze. Najgorsze ma się dopiero zjawić. Kiedy widzę wychodzących z szatni czternastolatków prawie mdleje. Wiem co teraz będzie. Zagramy z nimi w kosza albo w ręczną a w naszej szkole nie ma czegoś takiego jak faule. Ze złamaną nogą też musimy radzić sobie sami. A żeby nas dodatkowo podjudzić to zawszę jest jakaś kara. Na przykład bieganie do omdlenia.
Będzie piłka ręczna. Zajmujemy pozycję. Dziewczyna z mojej drużyny podaje mi piłkę a ja nie zdążam jej komuś podać i czuje jak jakiś chłopak taranuję mnie, wyrywa mi piłkę i biegnie dalej a ja upadam boleśnie na bok. I... nie tylko nie to! Nie mogę ruszyć palcem! Jak się złamał to już po mnie. Tymczasem mecz trwa dalej.
Dostaje podanie. Czuję silne uderzenie w nos i ciepłą krew spływającą po twarzy. Nie chce się poddać i wyciągam ręce by...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz