niedziela, 3 maja 2015

Rozdział 3

Kiedy idziemy na obiad mdlące uczucie stachu mnie nie opuszcza. Jest niczym cień. Podąża za mną i nie odpuszcza.
Siadam do stołu i hamuje odruch wymiotny na widok wodnistej, zielonkawej substancji która ma być naszym obiadem. Oszczędzają na nas jak mogą. Sami jedzą frykasy. No ale kto się przejmie biednymi
dziećmi które są przecież niebezpieczne. Idiota który przejął władzę przekonał cały kraj że dzieci są jakieś napromieniowane czy coś takiego. Niewiele z tego rozumiałam. Miałam pięć lat. Zamknęli nas w ośrodkach zwanych szkołami. Oczywiście byli tacy co się buntowali. Zabił ich lub wtrącił do więzień. Wśród nich byli moi rodzice. Nie chcieli mnie oddać do szkoły. I tak skończyli.
Obiad jakoś nie chce dostać się do żołądka. A gdy wreszcie tam trafia obiera sobie za cel wydostanie się na zewnątrz.
Dzisiaj chyba zaczyna wygrywać w rankingu mich najgorszych dni. Teraz czeka mnie niezwykle pasjonująca i pożyteczna lekcja w-f. Jak ja jej nie lubię. Na nasze nieszczęście zrobiło się już ciepło. Wychłodzimy ze stołówki w idealnej ciszy. Po dziewięciu latach człowiek się przyzwyczaja do braku dźwięku ale i tak go to wkurza. Wchodzimy do szatni i zaczynamy się przebierać. Ten dzień już chyba nie może być gorszy. Chociaż nie znając moje szczęście może.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz