niedziela, 17 maja 2015

rozdział 6

Idąc tutaj nie myślałam że będzie tak źle. Myślałam że będzie jak zawsze: Przysiady, pompki, bieganie i to wszystko aż do omdlenia. Normalka. Ale nie to nie to.. Dlaczego mnie to spotyka.
Trenerzy najwyraźniej muszą się rozerwać i nie zamierzają tego zrobić przy x-boxie. Wszyscy mają na sobie spodnie i kurtki maskujące a w rękach karabiny paintballowe. Takie w których są kulki z farbą. Niestety walą okropnie mocno a my nie dostaniemy nawet gogli na oczy. To się źle skończy.
Pod ścianą stoji grupka około dziesiątki dzieci. Podchodzę tam. Matko jedna z dziewczynek nie ma chyba nawet sześciu lat.
- ach są już wszyscy. Możemy zaczynać - Trener gapi się na mnie a jego wzrok mówi: Będziesz pierwsza idiotko.
Trenerzy wyprowadzają nas z sali na dwór na poligon. Cały jest pokryty farbą i zwykłą amunicją. Rostawiają nas co dziesięć metrów. Mnie trafia się środek. Najgorsza pozycja.
- Za dwie godziny spotykamy się z powrotem - mówi - O ile przez ten czas was nie wyłapiemy.
Słyszę gwizdek ale zanim jego znaczenie dotrze do moje mózgu, nogi zaczynają biec. A przynajmniej próbują bo po uderzeniu w głowę dalej się potykam i działam jakoś niesprawnie.
Nie mam żadnej strategii przetrwania, po prostu biegnę. To źle muszę coś wymyślić. Jakby na dowód tuż obok mnie na drzewie rozpada się pocisk z różowej farby. Wdrapuję się na drzewo tak że mnie nie widać. To moja jedyna szansa. W oddali słyszę krzyk. Tak krzyczeć może tylko dziecko. Wszystkie nerwy krzyczą żebym została ale ja ich nie słucham...

środa, 13 maja 2015

rozdział 5

Otwieram oczy i podnoszę się do pozycji siedzącej. Jednak w tej samej chwili czuję ból tak silny że znów opadam na podłogę. Ciekawe czemu leżę? Nagle wszystko do mnie wraca niczym chaotyczny pokaz slajdów. Gra w piłkę, uderzenie w nos a potem w głowę. Musiałam zemdleć. Pewnie odciągnęli mnie na bok bo mecz  toczył się dalej. Spojrzałam na wynik i cicho zaklełam. Jest 14:3 dla starszych. Przegrywaliśmy i to bardzo. To się źle skończy.
Słyszę gwizdek sędziego oznajmiający koniec meczu. Wszyscy idą do szatni. Ja pełznę na kolanach bo nie jestem w stanie wstać. W środku staram doprowadzić się do porządku.
                           ***
Kładąc się na lóżko dalej nie wierzę że przeżyłam dzisiejszy dzień i jakoś dotarłam do pokoju. To było straszne. Jak przez mgłę pamiętam nauczyciela który wszedł do szatni i kazał ustawić się w pary. Ledwo stałam na nogach. Momentalnie się wywróciłam. On tylko się zaśmiał ale był tak łaskawy że kazał mi się podeprzeć na koleżankach. Tak doszłam do łóżka a tam się położyłam i próbowałam się doprowadzić do używalności.
Patrzę na zegarek i widzę że muszę iść. Po południu nas nie pilnują bo wiedzą że jesteśmy zbyt zastraszeni żeby cokolwiek zrobić. Idę zbyt przerażona by myśleć. Potykam się i wywracam. A co jeśli mam wsztąs mózgu? Nie nawet nie chcę tak myśleć. Dobra dobra skup się. Zaliczam kolejny upadek i przy okazji ocieram sobie łokieć.
Wreszcie udaje mi się dotrzeć do sali. Chociaż widząc co tam się dzieje raczej nie mam się z czego cieszyć

sobota, 9 maja 2015

rozdział 4

Przebieramy się w stroje od w-f. Szara koszulka i szare spodenki. Ten szary zaczyna mnie dobijać jest wszędzie. Od dziewięciu lat cały czas widzę szary kolor. Tylko obiad jest czasami zielonkawy.
- Lepiej już chodź- mówi moja przyjaciółka martyna- bo trener urwie ci głowę.
- zrobi to wieczorem - to dziwne ale jesteśmy w stanie żartować.
Tutaj najczęściej nikt tego nie robi. Bo z niby czego żartować? Z tego że najpewniej popełnimy samobójstwo bo sadyści którzy tu pracują doprowadzą nas do szaleństwa? Bo umrzemy z głodu albo z wyczerpania przez to jak nas tutaj traktują? Bo nigdy nie zobaczymy swoich bliskich? Niezłe by były śmichy- chichy. 
Wychodzę na salę. Już tam jest. Zmora mojego życia. Ja nienawidzę  jego a on mnie. Niestety on nade  mną pastwić się może a ja nad nim nie. Układ sił jest nierówny. Wszystkie są po jego stronie. Marze o tym żeby kiedyś skopać mu tyłek tak żeby na OIOM-ie wylądował.
- Ruszać się wy cholerne świnie - nie ma jak dżentelmen.
Zaczynamy rozgrzewkę. 15 okrążeń. Każde ma 200 m. Ale to nie jest najgorsze. Najgorsze ma się dopiero zjawić. Kiedy widzę wychodzących z szatni czternastolatków prawie mdleje. Wiem co teraz będzie. Zagramy z nimi w kosza albo w ręczną a w naszej szkole nie ma czegoś takiego jak faule. Ze złamaną nogą też musimy radzić sobie sami. A żeby nas dodatkowo podjudzić to zawszę jest jakaś kara. Na przykład bieganie do omdlenia.
Będzie piłka ręczna. Zajmujemy pozycję. Dziewczyna z mojej drużyny podaje mi piłkę a ja nie zdążam jej komuś podać i czuje jak jakiś chłopak taranuję mnie, wyrywa mi piłkę i biegnie dalej a ja upadam boleśnie na bok. I... nie tylko nie to! Nie mogę ruszyć palcem! Jak się złamał to już po mnie. Tymczasem mecz trwa dalej.
Dostaje podanie. Czuję silne uderzenie w nos i ciepłą krew spływającą po twarzy. Nie chce się poddać i wyciągam ręce by...

niedziela, 3 maja 2015

Rozdział 3

Kiedy idziemy na obiad mdlące uczucie stachu mnie nie opuszcza. Jest niczym cień. Podąża za mną i nie odpuszcza.
Siadam do stołu i hamuje odruch wymiotny na widok wodnistej, zielonkawej substancji która ma być naszym obiadem. Oszczędzają na nas jak mogą. Sami jedzą frykasy. No ale kto się przejmie biednymi
dziećmi które są przecież niebezpieczne. Idiota który przejął władzę przekonał cały kraj że dzieci są jakieś napromieniowane czy coś takiego. Niewiele z tego rozumiałam. Miałam pięć lat. Zamknęli nas w ośrodkach zwanych szkołami. Oczywiście byli tacy co się buntowali. Zabił ich lub wtrącił do więzień. Wśród nich byli moi rodzice. Nie chcieli mnie oddać do szkoły. I tak skończyli.
Obiad jakoś nie chce dostać się do żołądka. A gdy wreszcie tam trafia obiera sobie za cel wydostanie się na zewnątrz.
Dzisiaj chyba zaczyna wygrywać w rankingu mich najgorszych dni. Teraz czeka mnie niezwykle pasjonująca i pożyteczna lekcja w-f. Jak ja jej nie lubię. Na nasze nieszczęście zrobiło się już ciepło. Wychłodzimy ze stołówki w idealnej ciszy. Po dziewięciu latach człowiek się przyzwyczaja do braku dźwięku ale i tak go to wkurza. Wchodzimy do szatni i zaczynamy się przebierać. Ten dzień już chyba nie może być gorszy. Chociaż nie znając moje szczęście może.

Rozdział 2

,,W tej chwili nie wierzę w absolutnie nic i nie mam żadnej nadziei"




Wychodzimy parami i w milczeniu. Czuję jak moja najlepsza przyjaciółka ściska mi rękę. Nie odważę się na nią spojrzeć więc tylko się odwzajemniam uścisk. Wchodzimy do klasy i siadamy na swoich miejscach. Wszystko robimy w absolutnym milczeniu. Tu wprowadzony jest taki rygor że boimy się głośniej odetchnąć. Nade mną pojawia się nagle nauczyciel.
- Czemu nie otwierasz książki - mówi a ja czuję mocne uderzenie książką w głowę.
Nie odpowiadam tylko wyciągam książki do matematyki. Wiem że będzie mnie dalej dręczył.
- Zaczniemy od pytania - oznajmia z mściwą satysfakcją - Panna Orpik jeśli łaska - kiedy patrzę na jego twarz i jej wyraz zaczynam się bać.
On wie że wczoraj cały pokój odbywał karny dyżur w kuchni. Żadna nie miała czasu się pouczyć. Zamierza to wykorzystać i potem patrzeć jak cierpię. Odda mnie temu sadystycznemu trenerowi i będzie patrzeć jak płacze i krzyczę. Matko jak ja go nienawidzę. Wstaję i dziwię się że nogi nie odmówiły mi posłuszeństwa. Wszystkie moje nerwy wrzeszczą żebym uciekła, gdzieś się ukryła i nigdy już stamtąd nie wychodziła. Podchodzę do tablicy i czekam na wyrok. Pada pierwsze pytanie
- Powiedz mi co to jest ostrosłup i wymień jego własności. - Gdyby jego uśmiech był szerszy rozerwałby mu usta.
Milcze. To go najwyraźniej ucieszyło.
- Dziś wieczorem odbędziesz karę z trenerem Stanleyem. - Mówi
Idę do ławki a ten sadysta zaczyna lekcję. Nic z tego co mówi nie słyszę. Całe moje jestestwo wypełnia strach. Boję się. Boję się. Boję...















rozdział 1

,,Codziennie budzę się z nadzieją że będzie lepiej"






Budzę się rano przerażona. Miałam zły sen. Jak zwykle. Przyzwyczaiłam się. Szkoda tylko że rzeczywistość nie jest trochę lepsza. W naszej szkole rzeczywistość jest makabryczna. Ja osobiście nawet tak bym tego nie nazwała. Patrzę za okno. Jeszcze jest ciemno. Słyszę krzyk. To na pewno ktoś miał zły sen.
Normalne. I to właśnie jest straszne. Powoli wstaje i podchodzę do szafki. Ubieram się w mundurek. Szary t-shirt i szare dresy. Nie ma jak różnorodność. Powoli wstają inne dziewczyny. Chłopcy mieszkają gdzie indziej i gdzie indziej mają lekcję. Odkąd skończyłam pięć lat jestem tutaj. Byłam pierwszym rocznikiem który poszedł tu w wieku pięciu lat. Chłopców widuję tylko przelotnie. Każda z nas ścieli lóżko. Wchodzi nauczyciel z paskudnym uśmieszkiem. Niektórzy a właściwie większość odczuwa chorą satysfakcję z dręczenia nas. Rozglądam się i widzę że jest nas za mało z piętnastu zrobiło się czternaście. Albo ją zabrali albo sama się powiesiła. Idziemy do pokoju na przeciwko. Tam mamy ,,lekcję". Kolejny dzień pełen bólu i łez czas zacząć.
Witam serdecznie w moim koszmarze.

sobota, 2 maja 2015

prolog

,,Na świecie są trzy najważniejsze rzeczy: Nadzieja, miłość i przyjaźń. Ale najważniejszą z nich jest miłość".










Siedzę na wilgotnej kamiennej podłodze w lochu. Loch w szkole! Gdyby nie beznadziejność mojej sytuacji pewnie by mnie to śmieszyło. Obok mnie siedzi ten chłopiec. Ma kasztanowe włosy i zielone oczy. Jest chyba o rok starszy ode mnie. Śpi. Nagle otwiera oczy i szybko mruga. Słodko wygląda tak... Nie nawet tak nie myśl to może być twój potencjalny wróg.
-cześć- mówi
-hej- odpowiadam
-co takiego zrobiłaś że cię tu zamkneli? - pyta
- długa historia- unikam odpowiedzi.
- mamy czas-mówi patrząc na mnie tymi zielonymi oczami-nie sądzę że nas stąd szybko wypuszczą.
Nie zdecydowanie nie mamy czasu bo w tym momencie drzwi się otwierają i zalewa nas oślepiające światło. Wchodzą ludzie w białych fartuchach i łapią mnie za nogi i ręce. Wyrywam się ale to nic nie daję. Wynoszą mnie wprost w nieznane.






proszę o komentarze nawet te negatywne.